kontakt o nas intro kronika makulatura archiwalia filmy

Orlan, 54. Biennale w Wenecji. Fot. D. Wasilewska
Nathaniel Mellors, „Happy Dialectics (OurHouse)”, rzeźba animowana elektronicznie, 2010, wystawa „ILLUMInations”. Fot. P. Łubowski
GELITIN, „Gelatin Pavilion: Some Like it Hot”, instalacja, performance, muzyka, miłość, płynne szkło, itd. Arsenale. Fot. P. Łubowski
BIENNALE 2011
ZOBACZYĆ WENECJĘ I UMRZEĆ
W cieniu ILLUMInacji

Katarzyna Drewnowska-Toczko

W czasie preview tegorocznego biennale spotkałam przypadkiem znajomego belgijskiego dziennikarza. Podczas krótkiej, kurtuazyjnej wymiany zdań, zapytany o samopoczucie, rzucił krótko: chcę umrzeć. I nie miał na myśli ani upału, ani chwilowej emocjonalnej niedyspozycji, wywołanej wspomnieniem lektury „Śmierci w Wenecji”. „Zawsze chcę się zabić na takich imprezach” – wyjaśnił z uśmiechem. Ustaliliśmy zgodnie, że sztuka w takiej dawce rzeczywiście może wyzwalać myśli samobójcze, i rozstaliśmy się w atmosferze udanego żartu.

Wspomnienie tego spotkania wróciło do mnie jednak w pawilonie niemieckim, nagrodzonym w tej edycji biennale, a także w pawilonie brytyjskim, izraelskim, polskim i centralnym i wielokrotnie podczas zwiedzania Arsenału. Z różnych powodów. Przygnębiający był już sam widok międzynarodowego tłumku krytyków sztuki, wbitych w nadmiernie obcisłe spodnie, z obowiązkowymi ray banami na nosach; podobnie działała na mnie długość kolejki po darmowe latte w puszce oraz olbrzymia plama cienia, jaką na wybrzeżu, przy samym wejściu do Giardini, rzucała LUNA, przypominający mroczny obelisk statek Romana Abramovica, strzeżony przez opalonych osiłków wbitych w garnitury. Widok ochroniarzy był zresztą równie przykry jak obrazek samego miliardera, spacerującego w kierunku Pawilonu Centralnego w towarzystwie długonogiej narzeczonej i kordonu paparazzich.

Sam Pawilon Centralny, goszczący w tym roku międzynarodową wystawę „ILLUMInations”, kuratorowaną przez Bice Curiger, sprawiał wrażenie dość chaotycznego. Sensacyjny zabieg umieszczenia trzech płócien Tintoretta w pierwszej sali, wyznaczających niejako eksperymentalny, antyklasyczny trop wystawy, przyjęłabym z ulgą właściwą niedoszłym samobójcom, gdyby nie fakt, że nie zadbano dostatecznie o właściwe oświetlenie obrazów. I tak, Tintoretto, mistrz światła okrzyknięty przez kuratorkę wielkim outsiderem świata sztuki, stał się zaledwie figurantem, czy figurą retoryczną, cytowaną w pracach artystów współczesnych, m.in. Moniki Bonvicini czy Nicholasa Hlobo. Prace 83 artystów, zaproszonych przez Bice Curiger, miały w zamierzeniu tworzyć narrację daleką od sugerowanych w tytule wystawy podziałów wyznaczanych przez narodowy charakter sztuki. To raczej prefiks wyznaczał rytm ekspozycji prezentującej bardziej lub mniej przekonujące „iluminacje” artystów, którym z góry przyglądało się stado 2 000 wypchanych gołębi – remake pracy Maurizio Cattelana z weneckiego Biennale w 1997 r.

Fakt, że Cattelan puszcza oko do publiczności sprawiając, że nie wiemy do końca, kto tu kogo ogląda, wyrwał mnie trochę z przygnębienia. Ale melancholia, tym razem wywołana prawdziwym wzruszeniem, wróciła ze zdwojoną siłą w polskim pawilonie, szeroko komentowanym zarówno w kuluarach, jak i w oficjalnym dyskursie – piękna twarz Yael Bartany spoglądającej zza ray banów z okładki „Art Review” zajmowała honorowe miejsce na stoisku z prasą, zaraz obok włoskich tabloidów i programów telewizyjnych. Nie tylko ja zresztą uległam manipulacji Bartany, koktajl patriotycznych wzruszeń i dotkliwych wyrzutów sumienia działał także na zagranicznych zwiedzających. Autentycznie poruszająca była też praca Sigalit Landau w pawilonie Izraela, a także instalacja Marcusa Schinwalda reprezentującego Austrię. 

Ceremonia oficjalnego otwarcia biennale wywołała jednak smutek zgoła innego rodzaju – zaraz przed inauguracją na scenę wdarł się neurotyczny performer. Udało mu się chwycić wyłączony jeszcze mikrofon, po czym, na oczach zdumionej publiczności, został natychmiast dość agresywnie obezwładniony przez eleganckich ochroniarzy z fizis hollywoodzkich gwiazdorów klasy B. Tłumek zafalował, ale dalsza część ceremonii poszła gładko. Uhonorowany nagrodą Złotego Lwa za dorobek życia Franz West ujął wszystkich skromnością, a charyzmatyczna, 81-letnia Sturtevant porwała publiczność młodzieńczym wystąpieniem. Złoty Lew za pawilon narodowy przypadł w tym roku Niemcom – za swoisty, iście depresyjny hommage dla zmarłego w 2010 roku Christopha Schlingensiefa. Za najlepszego artystę „ILLUMInations” jury uznało w tym roku Christiana Marclaya ze Stanów Zjednoczonych, a Srebrny Lew dla obiecującego młodego artysty trafił do Haroona Mirzy, reprezentującego Wielką Brytanię.

Swoistym wyzwalaczem kolejnej fali przygnębienia był moment, w którym roztrzęsiony, wiekowy Franz West, trzymając w dłoni Złotego Lwa próbował zejść ze sceny – został natychmiast przywołany do porządku przez tłum dziennikarzy, krzyczących do prezydenta biennale, Paolo Barraty, żeby ustawił artystę do zdjęcia. Tak naprawdę to oni, dziennikarze, narzucili formułę ceremonii, dopominając się okrzykami o powtarzanie momentu wręczania nagród, uścisków dłoni i pozowanie en face i z uśmiechem. To wtedy właśnie dotarło do mnie, co mógł mieć na myśli mój dręczony myślami samobójczymi kolega...

powrót